Subosobowości w nas…

„SUBOSOBOWOŚCI W NAS. JAK ODNALEŹĆ SWOJE PRAWDZIWE „JA”?

„Ale wolę raczej nie wracać już myślą do tych niemiłych wspomnień, bo człowiek, który przez okrągły tydzień nie robił nic innego, jak tylko bił sam siebie, nie ma szczególnych powodów do dumy.”

S. Lem, Dzienniki gwiazdowe

W jednym z opowiadań Stanisława Lema o przygodach Ijona Tichego, bohaterowi, który wyruszył w kosmos, na skutek zderzenia z meteorem, zepsuła się rakieta. Żeby ją naprawić potrzebował pomocy drugiego człowieka. Dzięki pętli czasowej, w którą wpadł, udało mu się powielić siebie samego, jednak w różnych czasach. Zrobił się więc poniedziałkowy, wtorkowy, środowy i tak dalej, jednak każdy z nich miał inną świadomość. Ijon Tichy poniedziałkowy miał świadomość siebie poniedziałkowego, wtorkowy- wtorkowego, i tak dalej, a cała kajuta wypełniła się nim samym z różnych dni, tygodni, miesięcy a nawet lat. Niestety nie tylko nie pomogło to w naprawie rakiety ale nawet tę naprawę uniemożliwiło, ponieważ różne świadomości i potrzeby poszczególnych ‘ja’ doprowadziły do nieporozumień, konfliktów, ogólnego chaosu a nawet otwartych bijatyk, podczas gdy uszkodzona rakieta, nie kierowana przez nikogo, pędziła bezwiednie i na oślep w otwartą kosmiczną przestrzeń.

Georgij Gurdżijew, mistyk żyjący na przełomie XIX i XX wieku, uważał, że człowiek nie posiada jednego ‘ja’, że jedno ‘ja’ człowieka to tylko iluzja. „Wyobraź sobie kraj- mówił Gurdżijew- w którym każdy może być królem przez pięć minut i przez te pięć minut może robić z całym królestwem co mu się rzewnie podoba. Takie jest nasze życie.”[1] Gurdżijew twierdził, że w każdym człowieku istnieje wiele ‘ja’, z których każde ma nie tylko własne upodobania, ale i nie uznaje pozostałych ‘ja’, będąc ich najczęściej nieświadome.

W filmie Bunuela „Piękność dnia” główna bohaterka nie potrafi się przemóc by sypiać z mężem ale dręczona przez sadomasochistyczne sny i erotyczne wizje postanawia pod nieobecność męża pracować jako prostytutka. W „Podziemnym kręgu” przeciętny, niczym nie wyróżniający się narrator, bezkrytycznie ulegający reklamie i identyfikujący siebie samego z produktem oraz buntowniczy, charyzmatyczny i mocno antykonsumpcyjnie nastawiony Tylor to ta sama osoba. Superbohater Superman- waleczny, odważny, o nadprzyrodzonych zdolnościach, który nie raz i nie dwa ratuje losy świata, jest jednocześnie nieśmiałym, bojaźliwym i często nieudolnym Clarkiem Kentem. I wreszcie kto nie zna Dr Jekylla i Mr Hyde’a?

Nowoczesne teorie osobowości także obalają mit jedności „ja”, wyodrębniając w nim wiele różnych, najczęściej nieświadomych składowych. Wystarczy wspomnieć Freuda z jego id, ego i superego, jungowskie archetypy; dziecko, rodzica i dorosłego E. Berne’a czy jajo Assagiolego. Wszystkie te ujęcia, choć różne, łączy jedno- spostrzeżenie, że jedno, niepodzielne, w pełni świadome ‘ja’ to tylko zdradliwa iluzja. Dlaczego zdradliwa? I czy ta iluzja ma dla człowieka jakieś konsekwencje? Czy jest jakaś różnica w tym, że jesteśmy podzielni czy niepodzielni? Czy jest jakaś różnica, że jesteś inny w różnych sytuacjach- inne ‘ja’ w pracy, inne dla rodziny, inne dla sąsiadów i inne dla przyjaciół, że co innego mówisz, co innego myślisz, a jeszcze co innego robisz? Skoro to norma, to może faktycznie nie ma żadnej różnicy? A jednak konsekwencje takiego stanu rzeczy są o wiele poważniejsze niż się pozornie może zdawać i rzutują nie tylko na nasze relacje nas samych ze sobą ale również na nasze życie zawodowe i osobiste.

Tak naprawdę wcale nie chodzi o to, że jesteś inny w pracy, inny w pubie ze znajomymi, a jeszcze inny na wczasach z rodziną. To naturalne. Problem natomiast rodzi się wtedy kiedy sytuacja wygląda tak, że Twoje ‘ja’ nr 1 nie ma świadomości Twojego ‘ja’ nr 2, a każde z nich uważa się za ‘ja’ prawdziwe i uzurpuje sobie prawo do tronu- do prawdziwości. Problem pojawia się wtedy kiedy poszczególne osobowości nie są ze sobą zintegrowane- walczą o kontrolę, wypierając inne subosobowości. Na przykład ni stąd ni zowąd nad człowiekiem przejmuje władzę subosobowość depresyjna, i dostęp do informacji, wspomnień, asocjacji i myśli pozytywnych, optymistycznych jest bardzo mocno ograniczony bądź nie ma go wcale i trudno człowiekowi zmienić stan własnego umysłu. Albo w nadgorliwym pracusiu, w najmniej oczekiwanym momencie budzi się nagle leń, którego żadną perswazją nie można namówić do tego, by kiwnął choć palcem, i który beztrosko zaniedbuje najistotniejsze i najpilniejsze sprawy, a właściciel pracusia i lenia naprawdę nie wie co mu się i dlaczego przydarzyło. Znam kogoś, kto jest ostentacyjnie wręcz pedantyczny- buty stawia w przedpokoju pod odpowiednim kątem, myje podłogę w określony sposób, zbiera najmniejsze okruszki z mebli i ogólnie utrzymuje mieszkanie w takiej czystości, że pewnie nie znaleziono by w nim nawet jego własnych linii papilarnych, ale kiedy otwiera swoją szafkę, pomięte rzeczy wręcz wysypują się na głowę. W pokoju, do którego raczej nikt prócz niego nie ma dostępu, utrzymuje taki bałagan, że trudno nawet jemu samemu odróżnić podłogę od sufitu.

Wreszcie problem pojawia się wtedy kiedy pewne okoliczności, sytuacja bądź bodziec wywołują w nas pojawienie się jakiegoś nowego ‘ja’, nieznanej i „obcej” dla nas subosobowości, bardzo różnej od naszej osobowości głównej, i od tego co sami na swój temat sobie wyobrażamy. Pojawienie się to nosi charakter automatyczny, mechaniczny, i jest jakby poza samym właścicielem mechanizmu, to znaczy, nawet jeśli człowiek nie chce reagować w taki sposób, albo może pomimo tego, że nie chce, reaguje tak. To się samo w nas wydarza- myśli się samo, dzieje się samo, a my nie mamy na swoją reakcję żadnego wpływu, nie możemy jej ani zmienić, ani powstrzymać. Zaczynamy mimochodem i mimowolnie grać określoną rolę. A potem następuje inna sytuacja i inny bodziec, który uaktywnia w człowieku jeszcze inną subosobowość i człowiek znowu zostaje zawłaszczony przez jeszcze inną rolę.

Rozmawiałam ostatnio z pewnym mężczyzną, który był bardzo wściekły i rozżalony na kobiety. Gdy zapytałam co się stało, opowiedział mi pewną historię. Otóż jego narzeczona, z dnia na dzień zostawiła go i wróciła do swojego poprzedniego partnera, który źle ją traktował. Po jakimś jednak czasie rozmyśliła się, i wróciła znowu do mojego rozmówcy, aby potem ponownie porzucić go dla tamtego. Na warsztaty terapeutyczne często przychodzą kobiety/ mężczyźni i mówią: „Chcę odejść od męża/ żony”. Odpowiadamy: „Więc zrób to”. A oni na to: „Ale nie umiem. Coś mnie powstrzymuje”. Albo: „Codziennie sobie obiecuję, że od jutra rzucam palenie. Tylko, że to właściwe jutro nigdy nie nadchodzi.” Bo jutro znowu jest jutro. Ja osobiście miałam kiedyś problem z porannym wstawaniem- natura moja jest bardziej sowia niż rannego ptaszka, jednak bardzo zależało mi na porannym wstawaniu ze względu na chęć uprawiania porannego joggingu. Tak więc wieczorem obiecywałam sobie, że jutro wcześnie wstaję. Ale gdy przychodził ranek i dzwonił budzik, ta druga ja, która wolała spać, odwracała się na drugi bok, smacznie pochrapując. A potem budziłam się zbyt późno żeby pójść pobiegać, i cały dzień dręczyły mnie wyrzuty i złość na samą siebie, że z moich ambitnych planów nic nie wyszło. I scenariusz taki powtórzył się wielokrotnie, aż z przestrachem spostrzegłam, że takie niby nic- próba wprowadzenia nowego nawyku, zamiast poprawy jakości życia, co było moim pierwotnym i szczytnym zamiarem, doprowadziła mnie na własne życzenie, do całego bezmiaru indywidualnych cierpień związanych z poczuciem bezsilności w stosunku do siebie samej i poczuciem braku wpływu na własne życie. Wszak dotarło do mnie, że sabotuję samą siebie. A miało być tak pięknie. Doszłam więc do wniosku, że trzeba ze sobą poważnie porozmawiać. Bo, może ja wcale nie chcę biegać? Które ja chce biegać i po co, a które nie chce i dlaczego? Doszłam bowiem do, jak sądzę, zdrowego wniosku, że lepiej nie postanawiać rano wstawać skoro się wie, że się nie wstanie, i nie dręczyć samej siebie wyrzutami sumienia, że się nie wstało, niż postanawiać, nie wstawać, a potem całymi dniami się tym dręczyć. Oba moje ja porozmawiały sobie na tyle szczerze o tym czego chcą i co kryje się pod ich zachowaniami, że skutkiem tej rozmowy jest moje dość regularne wstawanie na tyle wczesne, że od wielu lat udaje mi się bez walk i wewnętrznych oporów, z całą przyjemnością, praktykować jogging. Zmiana jaka zaszła jest nie tylko zmianą zewnętrzną- wcieliłam w życie nawyk, który postanowiłam wcielić, ale również wewnętrzną- nie mam już poczucia rozdzielenia w tym temacie a co za tym idzie, wewnętrznego konfliktu.

Czego dana osobowość chce- co się kryje pod powziętym przez nią zamiarem? Taka szczera rozmowa z samym sobą jest bardzo odkrywcza, bo bardzo często motywacja okazuje się dla samego człowieka być mocno zaskakująca. Pewna moja bliska koleżanka całymi latami oddawała się pracy twórczej, praktycznie zupełnie nie mając życia osobistego. Była z tego powodu bardzo nieszczęśliwa, ponieważ w pewnym momencie spostrzegła, że jej praca twórcza nosi charakter przymusowy, a życie przecieka jej przez palce. Gdy zaczęłyśmy analizować całą sytuację okazało się, że czynnikiem motywującym dla jej pracy jest zdobycie jak największej ilości jak najbardziej prestiżowych nagród, natomiast pod tym kryła się wielka potrzeba miłości. A ściślej biorąc, moja koleżanka była przekonana, że sama w sobie nie zasługuje na miłość, sama w sobie nie jest warta tego by ją kochać, i że aby zasłużyć na miłość musi zrobić coś szczególnego- jako że była artystką i kochała sztukę w grę wchodziło stworzenie wybitnego dzieła- dopiero wtedy, według niej samej, miała szansę znaleźć mężczyznę, który ją pokocha, ale i dopiero wtedy zasługiwała na miłość kogokolwiek, w szczególności miłość samej siebie. Uświadomienie sobie tego było dla niej rewolucyjnym odkryciem i dość szybko doprowadziło ją do zmiany postawy i przewartościowania całego jej dotychczasowego świata.

Poszczególne subosobowości rodzą się z naszych pragnień lub potrzeb, którym zaprzeczają pozostałe osobowości, kiedy nie akceptujemy pewnych cech lub emocji, ponieważ kłócą się one z naszym wyobrażeniem o nas samych, i wypieramy je. Albo w ramach rekompensaty czegoś, czego brak odczuwa osobowość główna. Subosobowości to także bardzo często zinternalizowane osobowości, np. rodziców, dziadków, osób dla nas znaczących, które mimochodem i nieświadomie uwewnętrzniliśmy, i bardziej nie chcąc niż chcąc, staliśmy się nimi. Tak naprawdę wcale nimi nie będąc. Jednak fakt, że mamy tak wiele aspektów nie oznacza wcale, że mamy bogatą i ciekawą osobowość. Jest to raczej dowód na to, że w ogóle nie mamy osobowości, w sensie jednego, niezmiennego, stałego ośrodka woli, które sprawowałoby kontrolę i byłoby za cokolwiek odpowiedzialne. Że kondycja współczesnego człowieka wygląda tak, że jesteśmy tylko zbiorem różnych ja, wywoływanych mechanicznie przez zewnętrzne okoliczności, sytuacje, bodźce. Posiadanie rozdzielnych ‘ja’, walczących ze sobą subosobowości, brak wewnętrznej integracji świadczy raczej o tym, że w jakimś ważnym dla nas aspekcie próbujemy sami siebie oszukać. Zmuszamy siebie samych czuć coś czego nie czujemy, bądź odwrotnie- zabraniamy sobie czuć to, co czujemy. Z różnych względów- uważamy, że to złe, niewłaściwe, niemądre, problematyczne. Nakazujemy sobie pewne działania, ponieważ, w drodze najczęściej nieuświadomionych procesów doszliśmy do wniosku, że przyczynią się one do osiągnięcia przez nas stanu szczęśliwości, poczucia bycia kochanym, poczucia bycia spełnionym. Tylko bardzo często okazuje się, że podjęte przez nas działania nie tylko nie przybliżają nas do osiągnięcia upragnionego stanu, ale wręcz konsekwentnie burzą nasz spokój i mnożą wewnętrzne sprzeczności, oddalając nas coraz bardziej od naszej wewnętrznej prawdy.

Pewna moja znajoma żyje w dość mocnym wewnętrznym konflikcie. Jej osobowość główna ma bardzo duże oczekiwania wobec samej siebie i ponieważ bardzo zależy jej na realizacji zawodowej moja znajoma pracuje średnio po dwadzieścia godzin na dobę. Ma też takie doby, kiedy nie śpi wcale. Sama prowadzi własną firmę, i zatrudnia w niej między innymi swoją mamę. Ponieważ jednak ma wyrzuty sumienia kiedy mama dużo pracuje, bierze na siebie nie tylko swoją pracę ale także pracę swojej mamy. I wszystko bardzo pięknie się układa dopóki moja znajoma ma siły żeby prawie nie spać, nie jeść i pracować za dwie osoby. Ale ponieważ ku wielkiemu ubolewaniu mojej znajomej człowiek musi spać aby zregenerować się fizycznie i psychicznie, brak snu i nadmiar obowiązków raz na jakiś czas doprowadza moją znajomą do napadów ostrych stanów depresji i ogólnego poczucia niemocy, niechęci i bezsensowności życia. Płacząc wykrzykuje wtedy, że tak nie można żyć, że ona ma wszystkiego dosyć, że ona to wszystko rzuca, że ona się zabije, i tak dalej. Kiedy jednak ten stan jej przechodzi wraca do siebie- pracoholiczki, uznając swój napad za pewien rodzaj wypadku przy pracy- była zmęczona, miała zły dzień, była niewyspana ( to na pewno). Świat znowu jest piękny, a jej histeryczny wybryk- mimo, że powracający z regularną częstotliwością, nie ma dla jej osobowości- pracoholiczki żadnego znaczenia, a nawet jeśli jakieś ma, nie wydaje jej się być na tyle znaczącym by zechciała się mu choć trochę przyjrzeć i w jakikolwiek sposób skonfrontować z nim. Cały bowiem problem tkwi w tym, że jej osobowość pracoholiczki uzurpuje sobie prawo do bycia jedyną jej prawdziwą osobowością, traktując wszelkie odchylenia od tego jej własnego wyobrażenia za nic nieznaczące aberracje, których należy się wyprzeć i możliwie najskuteczniej nie dopuścić do oddania im głosu. Jest to tym bardziej zrozumiałe, że potrzeby tej drugiej leżą w skrajnej sprzeczności z tym, co narzuca sobie osobowość główna- no bo jak można chcieć pospać, odpocząć, albo co gorsza- mieć w miarę zrównoważony czas pracy i odpoczynku. Dlatego próby konfrontacji i dopuszczenia do głosu tej drugiej, osobowość główna będzie uważać za zagrożenie dla tego, co wedle jej wyobrażeń zapewni jej szczęście i bezpieczeństwo. Dlatego jej silny opór oraz uznawanie swoich stanów kompletnego załamania za nic nieznaczące fiksum dyrdum, które zdarzyło jej się przypadkiem, jest w tych okolicznościach, całkowicie zrozumiałe. Ze względu na te same okoliczności jest jednak również całkowicie zrozumiałe, że te powtarzające się stany po pierwsze nie są fiksum dyrdum, a po drugie nie zdarzają się przypadkiem. Jest to tylko reakcja jej życia wewnętrznego na eksploatację jakiej dokonuje na samej sobie i bezwzględne odbieranie sobie prawa do realizacji podstawowych i naturalnych potrzeb. Oczywiście nie można powiedzieć, że któraś z tych osobowości jest zła, albo że jedna jest zła a druga jest dobra. Obie są tak samo dobre, bądź tak samo złe- zależy z której strony spojrzeć. Obie bowiem za cel mają to samo- szczęście mojej znajomej, tylko każda próbuje zrealizować je na swój własny, odmienny sposób.

Subosobowości wpychają człowieka w pewne role. Ponieważ jednak człowiek nie widzi niestety siebie samego z boku, i bardzo niewielu ludzi ma ochotę na szczerą relację z samym sobą, na samoobserwację, najczęściej nie zdajemy sobie w ogóle sprawy, że cokolwiek gramy. A pierwszym, i w związku z powyższym, bardzo trudnym krokiem do porzucenia roli jest uświadomienie jej sobie. Jak pisał C.G. Jung „Dopóki nie uczynisz nieświadomego- świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem.” Uświadomienie sobie mechanizmów i własnych automatyzmów to pierwszy, podstawowy i zasadniczy krok prowadzący do ich zmiany.

Pamiętam bardzo dramatycznie przeżywany konflikt pewnej mojej pacjentki, która pracowała w korporacji i była z tego powodu bardzo nieszczęśliwa, bo w głębi duszy bardzo pragnęła prowadzić własną działalność, zupełnie nie związaną z pracą wykonywaną dotychczas, ale będącą jej pasją. Zawsze, gdy dochodziła do głosu jej osobowość, która chciała tworzyć, dostawała napadu histerii i w bardzo dramatyczny sposób żaliła się, że znalazła się w sytuacji, z której nie ma wyjścia, że czegokolwiek nie zrobi, będzie źle. Zapytałam ją dlaczego nie odejdzie po prostu z firmy i nie zacznie robić tego, co pragnie robić. Postanowiła odejść z końcem miesiąca, a ściślej mówiąc postanowiła ta ona, z którą rozmawiałam, i która pragnęła realizować się w swojej pasji. Ale kiedy przyszedł koniec miesiąca, nie złożyła wypowiedzenia, ponieważ ta jej osobowość, z którą rozmawiałam była wciąż w wewnętrznym konflikcie z tą, która bała się zmiany, i napady histerii powtarzały się znowu i coraz częściej. Na następny koniec miesiąca ponownie obiecywała sobie złożyć wypowiedzenie, ale ponownie tego nie robiła. Na zadawane przeze mnie pytania o pracę reagowała bardzo nieswojo, opowiadała jak bardzo jest z pracy w korporacji zadowolona, że to same plusy, że to jej wymarzona praca, że życie jest życiem i nie ma co biegać za nierealistycznymi marzeniami. Słuchałam jej pilnie, kiwając głową. Ale kiedy spotykałam się z nią, będącą w histerii, wysłuchiwałam z kolei całkiem odwrotnej wersji, za każdym razem będąc pod wrażeniem, że to wszystko mówi jedna i ta sama osoba. Przy czym te dwie one, którymi była jednocześnie, tak naprawdę nie będąc żadną z nich, długo nie mogły się ze sobą spotkać. Pierwsze próby konfrontacji tych dwóch jej części natrafiały na wyraźny opór, ponieważ po pierwsze trudno było każdej z nich uznać istnienie tej drugiej, a po drugie- i jedna, i druga uważały się za prawowite spadkobierczynie tronu, za jedyne prawdziwe ja- w zależności od tego, która z nich była akurat u władzy. Ta wojna między jedną jej częścią, która bardzo chciała robić to, co kocha, a drugą jej częścią, która równie mocno bała się, że nie da rady sama utrzymać się na rynku, że bezpowrotnie straci bardzo dobrze płatną pracę i utraci wszystkie wygody i przywileje, i moja między nimi mediacja trwały wiele miesięcy i nie obyło się bez łez, napadów złości, poczucia winy, i odkrycia wielu nieświadomych wcześniej i mocno stopujących ją przekonań na temat własnej działalności i miejsca artystki w świecie, jakie wpoili jej rodzice, które, choć wydawały jej się absurdalne (jednemu jej ‘ja’), z całą pilnością ich słuchała (ponieważ jej drugie ‘ja’ mocno w nie wierzyło). Ostatecznie zwyciężyło jej twórcze ‘ja’, które pragnęło realizować swoją pasję i działać na własny rachunek. Napady histerii skończyły się. Oba jej ‘ja’ nie tylko, nareszcie, skomunikowały się ze sobą, ale, z szacunkiem wysłuchały swoich racji, czego wynikiem była wewnętrzna integracja w tym temacie, a co za tym idzie- jednoznaczne, świadome i konsekwentnie podjęte działanie, na które wreszcie miała pełną wewnętrzną zgodę.

Kiedy człowiek zaczyna naprawdę i z uwagą obserwować samego siebie może się mocno przestraszyć. Uważna obserwacja może bowiem doprowadzić człowieka do druzgocącego wniosku, że składa się on z większych ról i mniejszych rólek, często skrajnie różnych. Ale gdzie w tym wszystkim jest on sam? On sam i jego wewnętrzna prawda? I ta pilna wewnętrzna samoobserwacja może człowieka doprowadzić do odkrycia, że tak naprawdę jego samego nie ma. Że są tylko role, które gra automatycznie i których- co bardzo częste- wcale grać nie chce. A jednak one zagarniają go. Więc odtwarza je wciąż na nowo. Aż do znudzenia. Więc może, aby zacząć być, trzeba po prostu (choć proste to nie jest) siebie samego stworzyć, rozpoznając i odrzucając po kolei wszystkie nie swoje scenariusze, i napisać swój własny scenariusz. By móc być takim, jakim się być pragnie. Bo przecież, przywołując Sartre’a- nie ważne jest to co z nami zrobiono, ale co my sami zrobiliśmy z tym co z nami zrobiono.

Kiedyś, a było to kilkanaście lat temu, śniło mi się, że śpię, i że się budzę. Przeświadczona, we własnym śnie, że się obudziłam, zaczęłam wykonywać rutynowe czynności, jakie wykonuję po przebudzeniu. Gdyby ktoś wtedy przyszedł, w tym śnie, i powiedział mi, że śpię, zrobiłabym się podejrzliwa co do jego kondycji psychicznej. Nikt jednak się nie pojawił, ale zadzwonił budzik i wtedy obudziłam się naprawdę- tak mi się zdawało- żeby chwilę później (choć nie wiem jak długo trwała ta chwila) przekonać się, że to też był sen. I potem przyszło mi na myśl, że życie człowieka jest jak sen we śnie i w jeszcze jednym śnie, i w jeszcze jednym, i tak niemal bez końca, jak obraz odbity w nieskończoność między dwoma lustrami. I może żeby dotrzeć do siebie prawdziwego trzeba często się budzić, bo przecież ten obraz odbity między dwoma lustrami w tym jednym jedynym miejscu istnieje naprawdę. A może nie?…

Autor:

Czytaj więcej – sprawdź naszą ofertę hipnozy we Wrocławiu…

 


[1] Uspieński P.D., Fragmenty nieznanego nauczania, Warszawa 1991, s. 77

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Copy Protected by Chetan's WP-Copyprotect.